Stanisław Wisłocki - ostatni wywiad

Tadeusz Deszkiewicz: Po raz pierwszy wystąpił pan z batutą wiosną 1937 roku…

Stanisław Wisłocki: To było w Przemyślu. Prowadziłem tam orkiestrę Gimnazjum im. Kazimierza Morawskiego, co nie było przed wojną wyjątkiem. Było wiele liceów, w których takie orkiestry działały. Nasza orkiestra w Przemyślu istniała już od wielu lat, a w 1937 roku powierzono mi jej prowadzenie. Na zakończenie roku szkolnego odbył się koncert symfoniczny – pierwszy, którym dyrygowałem.

Jest pan także pianistą i kompozytorem. Czy wystąpił pan wtedy w potrójnej roli?

Tym koncertem tylko dyrygowałem, ale już wtedy występowałem także jako pianista i wykonywałem jeden czy dwa swoje bardzo młodzieńcze utwory.

Dwa lata później wybuchła wojna…

Mój ojciec, aby uchronić mnie przed okrucieństwami wojny, wziął mnie do neutralnej Rumunii; potem wyjechał na Bliski Wschód do Armii Andersa. Po moim dramatycznym rozstaniu z rodziną i trudach podróży los się do mnie uśmiechnął o tyle, że mogłem podjąć studia w Akademii Muzycznej w Timisoarze, a później w Bukareszcie zetknąłem się z tak wybitnym artystą, jakim był Georges Enescu. Starałem się, jak mogłem, zająć czymś polskie uchodźstwo, ponieważ życie kulturalne środowiska polskiego było ze zrozumiałych względów bardzo skromne. Prowadziłem tamtejsze chóry i harmonizowałem pieśni, które śpiewałem przed wojną i jeszcze pamiętałem. Udało mi się odtworzyć kilkadziesiąt pieśni najróżniejszych gatunków. Z zespołami chóralnymi urządzałem wieczory muzyczne dla polskich emigrantów. Pamiętam szczególnie jeden. To był chyba 1943 rok. W Rumunii zaczynał się głód. Zorganizowałem więc koncert na rzecz rumuńskich dzieci. Do dziś mam podziękowanie, które sobie szczególnie cenię.

Ale nie był to jedyny taki koncert. Znalazłem w książce Henryka Comte’a Zwierzenia adiutanta taki fragment: „W sali Dalles dużym powodzeniem cieszyły się kilkakrotne występy pianisty i kompozytora Stanisława Wisłockiego, który stal się później sławnym dyrygentem. 6 grudnia 1944 roku, już po wkroczeniu Armii Radzieckiej, Wisłocki dyrygował Rumuńską Orkiestrą Radiową, a dochód z tego koncertu przeznaczył na odbudowę Warszawy”.

Był to jeśli nie pierwszy, to jeden z pierwszych koncertów na ten cel urządzonych. Udało mi się pozyskać Orkiestrę Radia Bukareszteńskiego. Koncert odbył się w pełnej sali, przy nadzwyczajnym przyjęciu publiczności. Bilety były wyjątkowo drogie, jak na ówczesne możliwości słuchaczy, ale cel uzasadniał wysokie ceny. Zresztą na afiszach była informacja, że dochód zostanie przekazany „na rzecz pogorzelców Warszawy”. Nie było mowy o odbudowie Warszawy. Nikt wówczas jeszcze nie wiedział, czy tak strasznie zniszczona stolica zostanie odbudowana, czy zostanie przeniesiona gdzie indziej; chodziło więc głównie o to, by przyjść z pomocą nieszczęsnej ludności Warszawy, która wówczas jeszcze była pod okupacja niemiecką. To było 6 grudnia 1944, a Warszawa została wyzwolona 17 stycznia 1945 roku. W tym koncercie wykonałem między innymi dwie swoje kompozycje: Poemat symfoniczny i Pieśni na tenor z orkiestrą do słów jednego ze znakomitych poetów rumuńskich.

A po powrocie do Warszawy zorganizował pan Polską Orkiestrę Kameralną – pierwszy tego typu zespół w powojennej Polsce. Czy w tych trudnych czasach była rzeczywiście potrzeba powoływania do życia zespołu muzycznego?

Zacznę od sprostowania. Byłem tylko jednym z organizatorów tej orkiestry. Inicjator, Bohdan Chodyna – dyrektor Towarzystwa Krzewienia Polskiej Muzyki Ludowej – poprosił mnie o pomoc w tworzeniu orkiestry kameralnej. Moją rolą było przygotowanie muzyczne zespołu, który składał się z najlepszych muzyków Filharmonii Warszawskiej ocalałych z pożogi wojennej. Czy była potrzeba? Taka niewielka orkiestra była bardzo potrzebna. W całkowicie zburzonej lewobrzeżnej Warszawie nie było możliwości koncertowania dużej orkiestry, ponieważ nie było sali. Moi koledzy zdecydowali się więc na organizowanie orkiestry typu kameralnego, co dawało nam jakieś szanse publicznych występów. Zespół o nazwie Polska Orkiestra Ludowa istniał chyba przez półtora roku, a naszym celem było wykonywanie stylizowanej muzyki polskiej.  Podkreślam, że miała to być muzyka stylizowana, a nie muzyka in crudo. W związku z tym zamawialiśmy utwory u kompozytorów mieszkających w Warszawie, którzy się działalnością naszego zespołu interesowali. Pierwszy publiczny występ odbył się 20 stycznia 1946 roku w Teatrze Polskim. Był to koncert, który ówczesny dyrektor Teatru Arnold Szyfman potraktował jako próbę akustyczną sali. Wykonałem tam po raz pierwszy mój Taniec zbójnicki, który napisałem w ciągu jednego popołudnia. Był to króciutki taniec, pomyślany jako utwór bisowy.

Potem przyszedł okres poznański. W tym roku [1997 – przyp. red.] minie 50 rocznica powstania Filharmonii Poznańskiej, której był pan współtwórcą i przez 11 lat szefem artystycznym. Pierwszy koncert symfoniczny pod pana batutą odbył się 10 listopada 1947 roku z udziałem Raula Koczalskiego…

Wiedząc, że orkiestra kameralna w Warszawie będzie rozwiązana, zwrócił się do mnie Leopold Stanisław Szpinalski i w imieniu władz Poznania zaproponował mi zorganizowanie orkiestry symfonicznej. Pamiętam, jak jeździliśmy z Tadeuszem Szeligowskim po różnych miastach i miasteczkach województwa poznańskiego w poszukiwaniu muzyków. Jeden z czołowych później skrzypków naszej orkiestry, Ireneusz Bogajewicz, sprzedawał w Pniewach materiały bławatne, doskonałego trębacza znalazłem w lokalu w jednym z małych miasteczek pod Poznaniem. Orkiestra zaczęła rosnąć. Zrobiliśmy w Poznaniu konkurs. Pierwszy skład nie przekraczał 50 osób. Pomagali nam bardzo muzycy z opery poznańskiej. W końcu zebraliśmy pełen skład, który umożliwiał wykonywanie każdego repertuaru. W koncercie inauguracyjnym rzeczywiście wystąpił Raul Koczalski, wielki pianista o małej korpulentnej posturze i olbrzymich dłoniach, który zagrał Koncert e-moll Chopina. Poza tym w programie była Bajka Moniuszki i V Symfonia Beethovena. Potem przez wspólne 11 lat organizowaliśmy najrozmaitsze festiwale, poczynając od festiwalu Jana Sebastiana Bacha, przez festiwal Mozarta, Beethovena, Brahmsa, po festiwale monotematyczne, na przykład muzyki romantycznej z głównymi pozycjami tego okresu.

Właśnie w Poznaniu odbyło się prawykonanie pańskich najważniejszych kompozycji: Koncertu na fortepian i orkiestrę, Symfonii o tańcu, Nokturnu symfonicznego i Ballady symfonicznej.

Był to czas, w którym komponowałem dosyć dużo, ale w miarę jak orkiestra się rozwijała, jak zaczynałem koncertować i dyrygować nie tylko w Poznaniu, ale i z innymi orkiestrami na terenie całego kraju, coraz mniej miałem czasu na komponowanie. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że pogodzenie tych dwóch specjalności jest niemożliwe. Musiałem z czegoś zrezygnować. To była kompozycja. Wcześniej musiałem zrezygnować z fortepianu z bardziej prozaicznych przyczyn. Po powrocie do Warszawy mieszkałem w ciężkich warunkach, w których nie było mowy nawet o pianinie, a co dopiero o fortepianie.

Do Warszawy wrócił pan w 1958 roku…

Trudno powiedzieć, że wróciłem do Warszawy. Wtedy zakończyłem jedenastoletnią współpracę z Filharmonią Poznańską, ale już trzy lata wcześniej dojeżdżałem do PWSM w Warszawie jako pedagog dyrygentury, prowadziłem zresztą równolegle klasę dyrygentury w uczelni poznańskiej. Podróże były bardzo uciążliwe i w końcu zdecydowałem się wrócić do Warszawy. Od roku 1961 do 1967 byłem dyrygentem Filharmonii Narodowej. Z tą orkiestrą odbyliśmy szereg tournées zagranicznych. W programach starałem się zawsze umieszczać polską muzykę, szczególnie współczesną.

Kontynentem, który szczególnie serdecznie pana przyjął i na który pan najczęściej wracał, była Ameryka Łacińska. Z tamtejszych recenzji wynika, że pańskie nazwisko stało się tam synonimem najwyższego poziomu wykonawczego. Jak zaczęły się te kontakty?

To był 1961 rok. W Warszawie bawił przejazdem argentyński impresario i tak się złożyło, że wysłuchał jednego z moich koncertów w Filharmonii Narodowej. Po tym koncercie zaproponował mi występy w Buenos Aires. Przyjąłem to z największą radością i od tego czasu zaczął się mój kontakt z tym kontynentem. Nie tylko dyrygowałem największymi orkiestrami argentyńskimi, ale i koncertowałem w Montevideo, Santiago de Chile, São Paulo, Caracas, Meksyku, Limie…

Szczególnie utkwiło mi w pamięci i było dla mnie ogromnym wyróżnieniem zaproszenie mnie w roku 1975 jako dyrygenta szefa do wzięcia udziału w olbrzymim tournée orkiestry operowej Teatro Colón w Buenos Aires po kontynencie południowoamerykańskim. Zaczęliśmy koncerty w Buenos Aires, przez wiele krajów dotarliśmy do Meksyku i zakończyliśmy naszą turę w Kurytybie – największym siedlisku Polaków.

W Ameryce Południowej poznał pan Witolda Gombrowicza, który spotkanie opisał w swych Dziennikach: „Kilka razy widziałem się ze Stanisławem Wisłockim, dyrektorem Filharmonii Warszawskiej, który przyjechał na gościnne występy. Rozmowa wyłącznie prawie o muzyce… prezencik… to pięknie z jego strony. Koncert Brahmsa na płycie polskiej z orkiestrą filharmonii pod jego batutą i z Małcużyńskim. Zgadałem się z Wisłockim o utalentowanym Argentyńczyku Ginasterze. «A, to świetny muzyk. Zabieram jego suitę do Warszawy». Jakie miejsce wyznaczyłby mu Pan w skali światowej? «Myślę, że śmiało można by go zaliczyć do… pierwszej setki kompozytorów». Mam za złe Wisłockiemu, że się nie upił. Myślałem, że będzie bardziej konsekwentny. Opowiadano mi o gronie wybitnych muzyków zbierających się co tydzień na rozmowy o muzyce i już po pół godzinie topiących w wódce z błędnym spojrzeniem, z bladym i spoconym czołem swą beznadziejność i klęskę, ale Wisłocki pił niewiele i nie tracił humoru… To nie było fair z jego strony!”.

Pamiętam doskonale to spotkanie i ze wszystkim się zgadzam, z wyjątkiem włożonego w moje usta powiedzenia, że Ginastera może się zmieścić w gronie stu współczesnych kompozytorów. Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. To licentia poetica wielkiego pisarza...

Jak doszło do tego spotkania?

Po przyjeździe do Argentyny nasi wspólni znajomi postanowili zaprosić Gombrowicza i mnie na obiad do restauracji. Spotkaliśmy się. Od początku był bardzo zabawny. Znany był ze swego ciętego języka. W pewnym momencie odwrócił się do mnie i w obecności państwa, którzy nas zaprosili, powiedział: „Niech pan wybiera najdroższe dania, oni mają dużo pieniędzy i niech na nas trochę stracą”. Oczywiście potraktowałem to jak żart, ale Gombrowicz nie! Rzeczywiście zamawiał potrawy, kierując się głównie liczbą cyfr składających się na cenę w karcie. Rozmowa była – jak zwykle przy tego rodzaju spotkaniach – o wszystkim i o niczym. Natomiast bardzo ciekawe rozmowy miałem z Gombrowiczem później, kiedy widywaliśmy się kilkakrotnie sami. Jedno z takich spotkań odbyło się u niego w domu. Dom to za wielkie słowo. Był to malutki pokoik na mansardzie, gdzie obok łóżka, maleńkiego biurka z maszyną do pisania, fotela i krzesła znajdowała się masa książek. Przyznać muszę, że idąc na spotkanie, tak sobie wyobrażałem jego azyl. Spotkanie to zakończyło się dla mnie bardzo sympatycznie. Gombrowicz wyciągnął z półek kilka swoich książek, po czym na każdej napisał jedno słowo z dedykacji, by tak zabezpieczyć je przed ewentualnym podarowaniem ich przeze mnie komu innemu.

Z Dzienników Gombrowicza wynika, że interesował się muzyką i często o niej rozmyślał…

Tak. Z naszych rozmów także odniosłem takie wrażenie. Gombrowiczowi zależało bardzo na skompletowaniu płytoteki według własnych możliwości finansowych, które były wówczas bardzo ograniczone. Spytał mnie więc, co taki meloman, jak on, powinien mieć w swym zbiorze? Stworzyłem mu takie dwa spisy. Jeden zawierający najważniejsze pozycje literatury światowej i drugi nieco rozszerzony. Do wykorzystania w zależności od aktualnej kondycji finansowej pisarza. Sam nieco przyczyniłem się do zapoczątkowania jego przyszłej muzycznej kolekcji.

Jednym z ważniejszych pańskich dokonań w Ameryce Południowej było wystawienie Króla Rogera Szymanowskiego w Teatro Colón.

Podczas któregoś z kolejnych moich pobytów w Buenos Aires dyrekcja opery zwróciła się do mnie z pytaniem, czy nie miałbym ochoty przygotować dla nich Króla Rogera. Było to dla mnie ogromnym wyróżnieniem i z radością tę propozycję przyjąłem. W listopadzie 1981 roku na zakończenie sezonu odbyła się premiera. Miałem pewne obawy, jak tamtejsza publiczność przyjmie dzieło Karola Szymanowskiego. Reakcja publiczności, jak i jednogłośna opinia krytyki były zarówno dla kompozytora, jak i dla nas wręcz entuzjastyczne. To było dla mnie największą nagrodą za olbrzymi wysiłek, jaki musiałem włożyć w przygotowanie tej premiery z polskimi artystami, na czele z Bożeną Betley-Sieradzką, Wiesławem Ochmanem i Andrzejem Hiolskim.

Koncertował pan na wszystkich kontynentach. Która z publiczności jest panu najbliższa?

Myślę, że właśnie południowoamerykańska. To jest publiczność nieprawdopodobnie gorąca, reagująca spontanicznie na muzykę, ale jednocześnie bardzo wyrobiona. Tam nie zdarza się, by słuchacze bili brawo na przykład w środku symfonii, co w innych krajach mi się zdarzało. Muzyka jest tam potrzebna jak powietrze. W Buenos Aires, w sali Teatro Colón, który ma 4000 miejsc, miałem często nadkomplety. Mimo że tam nie ma w zwyczaju sprzedawania wejściówek, to na Królu Rogerze było tych wejściówek bardzo dużo.

Czy argentyńską Polonię stać było na przyjście do ekskluzywnego Teatro Colón?

No właśnie. Ponieważ tamtejsza Polonia nie opływa w dostatki, zwróciłem się z prośbą, by Teatr zgodził się wyjątkowo na otworzenie sali podczas generalnej próby. Dzięki temu zamiast pięciu przedstawień było ich sześć, a Polacy, którzy wypełnili salę podczas generalnej próby, mogli tam przybyć za darmo.

W latach 1978–1982 był pan szefem artystycznym Wielkiej Orkiestry Symfonicznej PRiTV. W tym czasie z tą znakomitą orkiestrą zorganizował pan dwa wspaniałe festiwale „Beethoven – nasz współczesny” i „Brahms – nowy romantyzm”.

Prowadzenie WOSPR było dla mnie wielką satysfakcją. Nie wszystkie zespoły krajowe były tak znakomicie przygotowane do wykonywania swojego zawodu i tak nieprawdopodobnie zdyscyplinowane. To, że muzycy przychodzili na pierwszą próbę już przygotowani, zdarza się u nas bardzo rzadko. Dlatego obejmując funkcję szefa artystycznego, postanowiłem muzyków jeszcze bardziej zdopingować i zacząłem nagrywać wszystkie symfonie Beethovena. Chodziło mi o to, by nadać zespołowi pewien kierunek estetyczny, a równocześnie każda orkiestra na klasyce podnosi swój poziom. Nie oznacza to, że nie graliśmy innej muzyki, w tym współczesnej. Po nagraniu w 1978 roku wszystkich symfonii Beethovena, żal mi się zrobiło, że ci znakomici muzycy nie mieli możliwości skonfrontowania swego kunsztu z żywą publicznością. Ponieważ Katowice nie dysponowały wtedy tak dużą salą koncertową, by pomieścić największą w Polsce orkiestrę, pomyślałem, że można by w tym celu wykorzystać piękną aulę Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. I tak zrodziła się idea festiwalu. Był to nieprawdopodobny wysiłek dla orkiestry, bo w ciągu pięciu dni wykonaliśmy wszystkie dziewięć symfonii i uwertury. Po koncercie, w którym zagraliśmy Dziewiątą Beethovena, za wycieraczką swojego auta zastałem lapidarną, ale jakże trafną recenzję festiwalu: „do ostatniej kropli krwi”. Rok później w tej samej auli przedstawiliśmy prawie całą twórczość symfoniczną Johannesa Brahmsa.

Niemal 50 lat zajmuje się pan pracą pedagogiczną. Spod pańskiej ręki wyszła czołówka polskich dyrygentów…

Pedagogikę trzeba lubić, wtedy nie patrzy się na nią jak na zło konieczne. Mnie pół wieku tej pracy przyniosło wiele radości i satysfakcji. Żaden z absolwentów mojej klasy nie przyniósł wstydu, a wielu z nich zajmuje czołowe stanowiska w znaczących instytucjach muzycznych na świecie. Nie będę wymieniał ich nazwisk, by nikogo przez przypadek nie pominąć, ale wszyscy są mi bardzo bliscy. Nie ukrywam, że niektórych traktuję jak przedłużenie swej dyrygenckiej kariery i z ich sukcesów cieszę się jak z własnych.

Pański jubileusz zbiegł się z 60-leciem Programu 2 Polskiego Radia. Kiedy i jak zaczęły się pana kontakty z tą instytucją?

To było 17 lutego 1946 roku. Tego dnia odbył się mój recital fortepianowy w Rozgłośni Polskiego Radia w Warszawie. Była śnieżna i mroźna zima. Recital był zapowiedziany na późną godzinę wieczorną. Chcąc dostać się do siedziby Radia, która mieściła się w Alejach Ujazdowskich, musiałem z ulicy Czerwonego Krzyża, gdzie wówczas mieszkaliśmy, przejść przez ruiny koszar Blocha, aby przez ulicę Książęcą dojść do placu Trzech Krzyży. Ponieważ po zapadnięciu zmroku przechodzenie przez te ruiny kończyło się często napadem połączonym z… rozbieraniem delikwenta, musiałem wyjść z domu jeszcze za dnia i w nieogrzewanym pomieszczeniu czekać na swoją kolej. Jedyny fortepian stał w sali emisyjnej, musiałem więc przemęczyć te parę godzin bez możliwości rozegrania się. Dobrze, że wyrozumiały strażnik opatulił mnie ciężkim frontowym kożuchem. Kiedy wreszcie nadeszła chwila mojego wejścia na antenę, byłem naprawdę przerażony, bo przecież nie znałem instrumentu, a w sali było bardzo zimno. Rozgrywałem się na sonacie Mozarta, później był Beethoven, a na koniec Polonezy cis-moll i As-dur Chopina. Na powrót późną nocą nie zdecydowałem się, zresztą odradzali mi to pracownicy Radia. Przemęczyłem więc noc, leżąc na biurku w radiowym korytarzu…

Od kilku lat nie pojawia się pan na dyrygenckim podium…

I bardzo nad tym ubolewam. Niestety zdrowie mi nie pozwala. Póki człowiek jest młody, nie zdaje sobie sprawy, jak szybko czas ucieka. Przychodzi jednak moment, kiedy trzeba się pogodzić z faktem, że młodość jest daleko za nami, a przed nami pozostaje już tylko obrachunek przeżytych lat. Jakże trafnie skomentował życie Salvatore Quasimodo:

trafitto da un raggio di sole:
ed è subito sera...
(zaledwie rozświetli nas promień słońca, już zapada zmierzch... – tłum. S. Wisłocki)