Ginąca polszczyzna
Coraz trudniej pogodzić się z postępującą degradacją języka polskiego. Mam świadomość, że język ulega ewolucji, że powstają nowe wyrazy i znaczenia. To mi nie przeszkadza. Natomiast bolą mnie podstawowe błędy i niechlujstwo.
Do tego dochodzi wulgaryzacja naszej mowy ojczystej. Mnie także zdarza się użyć przekleństwa, ale nigdy nie robię tego publicznie.
Tymczasem obscenicznego języka używają politycy, aktorzy, pisarze, dziennikarze, a więc ludzie którzy powinni dawać przykład jak poprawnie i pięknie używać polszczyzny. Krystyna Janda mówi, że czuje się "jakby ktoś na nią srał". Andrzej Seweryn zwraca się do młodzież słowami „Drogie dziecko. Pamiętaj. Twoje zadanie jest im przypierdolić… tym wszystkim Kaczyńskim, Orbanom pierdolonym… debaty, porozumienia. Nie kurwa, przypierdolić”. Joanna Szczepkowska zwraca się do Prezydenta RP słowami: „ty chuju", a Manuela Gretkowska mówi, że Prezydent „chujem kręci żyrandol". Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, także do młodych ludzi mówi: "srałem w polu bo nie było kibli". Kiedyś o wulgarnych słowach, mówiło się, że są "nieparlamentarne". A dziś?
Wulgaryzmy i przekleństwa istniały w polszczyźnie od wieków, ale ich obecna ekspansja w przestrzeni publicznej stała się nie do zniesienia, a granica między stylem oficjalnym, a potocznym i wulgarnym uległa niemal całkowitemu zatarciu.
Dziennikarze, choć rzadko używają publicznie obscenicznego języka, powszechnie popełniają kardynalne błędy, co jest widoczne nie tylko w mowie, ale także w piśmie, na przykład w plotkarskich serwisach, które obsługują niedouczeni pracownicy, chcący niepostrzeżenie wejść do świata dziennikarskiego. Tam roi się od błędów i okaleczania rodzimego języka. To głównie internet i bezwartościowe serwisy lifestylowe.
Gorzej, gdy kaleczenie języka i niechlujstwo staje się powszechne w mediach profesjonalnych. Kiedyś było to nie do pomyślenia.
Gdy zaczynałem radiowo-dziennikarską drogę istniały tzw. "karty mikrofonowe", które były formą przepustki, pozwalającej na publiczne występy. Po trudnym egzaminie przyznawano je dziennikarzom, lektorom, aktorom i innym osobom, które miały prawo występować przed mikrofonem. Karty były podzielone na kilka kategorii w zależności od umiejętności i doświadczenia posiadacza:
- Karta mikrofonowa pierwszej kategorii – przyznawana osobom o najwyższych kwalifikacjach, które mogły prowadzić programy radiowe na żywo, udzielać wywiadów oraz występować w różnego rodzaju programach artystycznych i publicystycznych.
- Karta mikrofonowa drugiej kategorii – uprawniała do udziału w mniej odpowiedzialnych audycjach, często nagrywanych wcześniej, lub do współprowadzenia programów pod nadzorem bardziej doświadczonych osób.
- Karta mikrofonowa trzeciej kategorii – była dla początkujących, osób uczących się sztuki radiowej, które mogły występować tylko w prostych rolach, np. w audycjach dla dzieci lub prostych formach scenicznych.
Karty te, których zdobycie było bardzo trudne, miały regulować jakość wystąpień radiowych i były swoistym certyfikatem radiowej kultury i umiejętności.
Ja pierwszy egzamin zdawałem przed legendą Polskiego Radia Januszem Kilańskim - pomysłodawcą i inicjatorem wprowadzenia w radiu kart mikrofonowych uprawniających do występowania na antenie. Drugim moim egzaminatorem był kolejny legendarny radiowiec - Bogusław Tworek.
A dziś? Dziś, gdy Polskie Radio wystąpiło z koncepcją reaktywacji kart mikrofonowych podniósł się bunt, padały zarzuty ograniczania wolności i cenzurowania występujących przed mikrofonem nieuków.
Zacznijmy wreszcie dbać o nasz ojczysty język, który świadczy o naszej narodowej tożsamości i naszych korzeniach. Nie zubażajmy go wulgarnymi zamiennikami, bo niedługo pozostanie nam tylko cytować tę anegdotę:
- Mamo, pan na budowie na mnie nakrzyczał!
- A co powiedział?
- Czy mam pominąć brzydkie słowa?
- Tak!
- To nic nie powiedział!
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador