„Letni dzień” - słodko-gorzki spektakl w Teatrze Klasyki Polskiej

                W niedzielny wieczór, w Teatrze Klasyki Polskiej po raz pierwszy zobaczyłem egzystencjalny dramat Sławomira Mrożka „Letni dzień”. Napisałem egzystencjalny, bo głównym motywem sztuki jest nieustanna pogoń za szczęściem i spełnieniem. Sęk w tym, że każdy to szczęście pojmuje inaczej. Dwóch bohaterów i dwie filozofie. Jeden jest nieudacznikiem, któremu w życiu nic się nie udaje, nie ma żadnych sukcesów, nie zdobył fortuny ani kobiety.

Drugi odwrotnie. Jest człowiekiem sukcesu, każda jego zachcianka jest natychmiast spełniana. Nie ma i nie musi mieć marzeń. Ale jego życie to pustka.

Obaj spotykają się w tajemniczym miejscu, pod drzewem,  bo obaj – zmęczeni niespełnieniem - chcą popełnić samobójstwo.

Rozpoczyna się dyskusja i – momentami groteskowa – kłótnia, podczas której obaj przekonują się który z nich ma poważniejsze powody do odebrania sobie życia.

Tymczasem pojawia się tajemnicza kobieta, która wzbudza zainteresowanie obu bohaterów i daje im złudną nadzieje.

Spektakl, momentami absurdalny i przepełniony gorzką ironią, jest reżyserskim debiutem Sebastiana Fabijańskiego. Debiutem bardzo udanym. Reżyser poprowadził role bohaterów czytelnie, nie gubiąc skomplikowanej warstwy psychologicznej.

Duża w tym zasługa znakomitych odtwórców głównych ról Marty Dylewskiej, Pawła Brzeszcza i samego reżysera, który przecież przede wszystkim jest aktorem.

Rola Pawła Brzeszcza jest perfekcyjna i dopracowana w każdym szczególe. Młody aktor pokazał kunszt, którego nie powstydziliby się najwybitniejsi artyści naszych scen. Rola nieudacznika jest skonstruowana na rozchwianych emocjach i kontrastach, które Paweł Brzeszcz wycyzelował w najdrobniejszych szczegółach. Jego kreacja była najmocniejszą stroną spektaklu.

Marta Dylewska zagrała tajemniczą damę, która z czasem okazuje się intrygantką i manipulatorką, dając każdemu z bohaterów nadzieję, paradoksalnie skłaniając się jednak ku zagubionemu nieudacznikowi. To także rola zagrana intrygująco i przekonująco.

Swoją rolę Uda - „człowieka sukcesu” reżyser oparł, pokazując cynizm faceta, który stracił sens życia mając wszystko, ale nie mając marzeń i pragnień. Nawet zdobycie tajemniczej kobiety wydaje mu się oczywiste i łatwe, a przez to pozbawione atrakcyjności.

Spektakl zachwycił mnie prostą białą scenografią, minimalistyczna liczbą rekwizytów i perfekcyjną grą cieni i świateł. To ogromna zasługa Weroniki Karwowskiej.

Na uwagę zwraca także muzyka Antoniego Wojnara. A skoro o muzyce mowa to niezwykle intrygujące było krótkie taneczne intermezzo w wykonaniu bohaterów dramatu. Nie wiem czy Mrożek w swoim tekście zasugerował jakiś taneczny wtręt, ale sądzę że raczej był to pomysł reżysera by nawiązać do Mrożkowego „Tanga” pokazując  beznadziejną sytuację w jakiej znaleźli się główni bohaterowie i jednocześnie uzewnętrznić swoją fascynację tańcem w niedawnym programie telewizyjnym.

Pomysł był oryginalny i podkreślający chocholi taniec bohaterów „Letniego dnia”, godny pląsów Edka i Eugeniusza.

Gratuluję Twórcom spektaklu, gratuluję Dyrekcji Teatru Klasyki Polskiej bo widziałem kolejną, niezwykle udaną realizację tego wartościowego zespołu.

Tadeusz Deszkiewicz

Zdjęcia: Teatr Klasyki Polskiej